„Wędrówka na Zachód” Tsai Ming-Lianga

24 kwietnia do kin trafi buddyjska medytacja na ekranie czyli „Wędrówka na Zachód” w reżyserii nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji Tsai Ming Lianga.

Drobinki kurzu, wirujące w świetle słonecznym. Gwar ruchliwej ulicy. Szum morskich fal. Człowiek, który na coś czeka, samotnie paląc papierosa w pokoju. Dziecko, które – czymś zaintrygowane – zatrzymuje się na schodach w podziemnym przejściu. Mnich pogrążony w medytacji, idący przez miasto. Wszystko to dzieje się jednocześnie i obok siebie. Tylko od nas zależy, jak głęboko się zanurzymy w otaczającej nas rzeczywistości.

„Wędrówka na Zachód” w reżyserii nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji Tsai Ming Lianga to głębokie, duchowe przeżycie: pogodne i radosne doświadczenie dla wszystkich, którzy ścigają się z czasem i żyją w wiecznym pośpiechu. W świecie permanentnej pogoni, niepokoju i ataku zewsząd na nasze zmysły to wyciszenie pozwalające wejść w umysł medytującego i doświadczyć głębokiego spokoju i koncentracji. „Wędrówka na Zachód” to film, który nas wybudza z letargu permanentnej pogoni i niepokoju. Pokazany na wielkim ekranie w IMAKSIE podczas światowej premiery podczas festiwalu w Berlinie film przyciągnął tłumy widzów i był oglądany w absolutnej koncentracji, pozwalając każdemu na sali na unikalne doświadczenie: spotkanie z samym sobą.

Zachęcamy również do lektury tekstu Marcina Fabijańskiego, doktora filozofii, certyfikowanego instruktora Mind-Body Bridging oraz nauczyciela medytacji w ruchu, który ponad dwa lata spędził w Azji – m.in. w Indiach, Chinach, Nepalu, Tajlandii i Birmie, gdzie medytował w klasztorach buddyjskich.

Obejrzą Państwo thriller. Taki, w którym musimy wpatrywać się z całej siły by dostrzec puls – przejaw życia, gdy już uwierzyliśmy, że oglądamy śmierć. Pierwszy w tym filmie zagra oddech. Razem z nim szyja i tętniąca w niej krew. Potem oko. To dzięki oku zorientujemy się, że być żywym człowiekiem oznacza zwracać uwagę. 
Obejrzą Państwo komedię. Taką, w której to, co dowcipne wynika z zakłopotania. Co mają począć mieszkańcy Marsylii z buddyjskim mnichem, który w mikroskopijnym tempie przesuwa się niczym czerwony cień ulicami ich miasta? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli. Mają się śmiać? Zagaić rozmowę? A może wezwać karetkę pogotowia? 

Obejrzą Państwo opowieść o miłości człowieka do przejawów życia w nim samym. Miłości, której wyrazem jest zwykłe zwracanie uwagi. Miłość bez zwracania uwagi jest pusta albo tylko deklaratywna. Miłość więc z konieczności jest medytacją. 

Oto buddyjski mnich rusza w medytacji przez miasto, a razem z nim kamera. To wszystko. Ten rodzaj medytacji polega na tym, żeby zwracać uwagę na każde, nawet mikroskopijne drgnienie ciała w czasie ruchu. Dzięki temu umysł odkleja się od myśli – sztucznych konceptów i oferuje uważność procesowi życia, czyli prawdzie. Z czasem proces życia objawia obserwującemu umysłowi mnicha potrójną uniwersalną prawdę o sobie samym: to, że w doświadczeniu nie ma nic stałego i to, że przywiązywanie się do dowolnych aspektów doświadczenia kończy się cierpieniem. Także to, że życie to bezosobowy proces, w którym nie ma żadnego centrum. Są tylko warunkujące się nawzajem peryferia. 

Uprawiałem ten lub podobny rodzaj medytacji przez trzy miesiące w klasztorze Chanmyay Yeikta w Birmie. Metodę, którą tam stosowano wymyślił legendarny, dwudziestowieczny birmański nauczyciel – Mahasi Sayadaw. Kazano nam nazywać w myślach każdy, najmniejszy nawet mikro-ruch. I zwolnić tempo naszych codziennych czynności tak bardzo, jak to dla nas możliwe. Przejście stu pięćdziesięciu metrów z chatki medytacyjnej do refektarza zajmowało mi w dobrych dniach (kiedy szczególnie mocno zwalniałem) 45 minut. Tyle samo zjedzenie banana popijanego herbatą. Wtedy, w roku 2002 taka medytacja w ogóle mi nie pomogła. Skończyła się skumulowanym napięciem w ciele i przeprowadzką do innego klasztoru, gdzie uczą innej techniki. Ale są tacy, którzy twierdzą, że dzięki tej metodzie osiągnęli to, o co w buddyjskiej medytacji chodzi – przebudzony umysł. 

Niewiele wiemy o umyśle mnicha z filmu. Operator nie daje zbliżeń jego twarzy. Jego ruchy pokazują, że raczej nie spina się, wykonując swoje medytacyjne ćwiczenie. Więcej dowiadujemy się o przypadkowych ludziach, których mija. Zatrzymują się na chwilę, patrzą na niego. Wymieniają uwagę lub dwie ze znajomymi. Są zakłopotani. Odchodzą. Tylko dziecko poświęca mnichowi kilka minut. W nim jest jeszcze ciekawość, której dorośli skutecznie się pozbyli, przebierając szybko nogami by nadążyć z dostarczaniem gratyfikacji swojemu ego. Inne, mniejsze, niesione na barana dziecko nie zwraca na mnicha w ogóle uwagi. Ono jeszcze nie widzi w nim nic dziwnego. Nie zna konwencji, według której po mieście chodzi się raczej szybko i w jakimś celu. 

Ten film to także opowieść o tym, że można kogoś porwać za sobą nie wypowiadając ani jednego słowa. Ale „Wędrówka na Zachód” nie jest moralitetem, ani wezwaniem do tego, żebyśmy zwolnili zanim odwiezie nas karetka do szpitala lub kostnicy. To prosty film o życiu, którego najmniejszy aspekt, zawiera w sobie nieskończone możliwości. Thriller jest w nas. Komedia jest w nas. Opowieść o miłości jest w nas. Gdyby ich w nas wcześniej nie było, żaden film nigdy by ich nie wydobył. 

Marcin Fabjański, www.selfoff.comWedrowka na Zachod B1_z logotypami

przytoczone za : http://gutekfilm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>