Dobro wraca krętymi drogami

Dobro wraca… Dostaniesz, coś dał… Wróci do ciebie to, co sam uczyniłeś… . Jakże często używamy tych haseł, traktując je jak inwestycję na przyszłość- lepszą przyszłość. Bardziej zaawansowani w kulturze wschodniej dopowiadają jeszcze coś o prawie karmy: że każdy czyn wraca do nas i że w związku z tym lepiej być dobrym dla innych, bo wnet ci inni będą dobrzy dla nas. Jakie to proste i obiecujące! Trzymamy się tej wersji z mniejszą lub większą konsekwencją i czekamy. Czekamy…. Czekamy… . Czekamy! Czekamy!!!! A tu nic! Cisza. Żadnej rewolucyjnej zmiany naszego położenia na lepsze. I żadnych spektakularnych kar dla „tych złych”. Wtedy może jeszcze pojawić się nadzieja, że jak nie w tym, to w przyszłym życiu rachunki się wyrównają.

A co, jeżeli czekanie na sprawiedliwość w przyszłym życiu wydaje się zbyt długie i przestaje nas motywować? „Pytanie to (…) postawione tak śmiało, choćby z największym bólem, rozwiązać by należało”- powiedziałby mistrz Gałczyński.

A dzieje się tak, gdy oczekujemy „nagrody” bezpośredniej, może nie natychmiastowej, ale też pozbawionej zbyt dużego poślizgu w czasie. No i oczywiście jasnej, klarownej, oczywistej, by zgadzał się bilans czynów dobrych i złych po każdej stronie.

Tymczasem prawo to działa zupełnie inaczej: jest sprawiedliwe, choć nierychliwe i niezbadanymi ścieżkami chadza. Ale chadza! I o tym opowiada prosta historyjka, którą usłyszałam jakiś czas temu z ust doktor Garimy Khajanchi (doktor medycyny ajurwedyjskiej w Jiva Institute w Indiach).

Dawno, dawno temu w Indiach żyła sobie biedna wdowa. Była samotna, bo jej jedyny syn wyruszył w świat w poszukiwaniu zarobku. Od wielu lat nie miała od niego żadnej wieści. Wiodła życie bardzo pracowite i ubogie.

Pewnego dnia pod oknem jej chatki pojawił się włóczęga- brudny i odrażający. Poprosił o jedzenie i otrzymawszy połowę placka, który upiekła dla siebie wdowa, bez słowa odszedł.

Następnego dnia przyszedł ponownie. I kolejnego także. Przychodził tak o stałej porze przez wiele kolejnych miesięcy. Wdowa kładła mu w oknie pół swojego placka, on zabierał i odchodził. Nigdy nie podziękował, nie zaproponował też wdowie żadnej pomocy czy wsparcia.

Pewnego dnia wdowa straciła cierpliwość. Zezłościła ją postawa włóczęgi. Pewnie tak jak my, pomagała obcemu, ale po cichu liczyła na dobre słowo, może wyrazy uznania, jakąś wdzięczność… . Tymczasem nic takiego się nie stało. Włóczęga zabierał jedzenie i odchodził bez słowa. I to zezłościło wdowę.

Następnego dnia, o tej samej porze, jak zwykle położyła w oknie kawałek placka. Tym razem jednak dodała do niego truciznę. Miała dosyć utrzymywania darmozjada. Ale tuż przed jego przyjściem, opuściła ją odwaga i widząc wyciągniętą w stronę jedzenia ręką włóczęgi, rzuciła się w stronę okna, zabrała placek, wrzuciła go do ognia, a przybyszowi odstąpiła swoje jedzenie.

Tej nocy do jej chatki ktoś niespodziewanie zapukał. Był to jej tak długo wyczekiwany syn. Radość kobiety zmącił wygląd syna: był ciężko ranny, zakrwawiony, ledwo stał na nogach.

Opowiedział on matce, że w drodze powrotnej został napadnięty, ograbiony z zarobionych pieniędzy i pobity do nieprzytomności i porzucony. Mało brakowało a umarłby niedaleko domu. Na szczęście, znalazł go jakiś brudny włóczęga, opatrzył rany i podarował swój placek. W ten sposób uratował mu życie i umożliwił powrót do domu.

Wdowa odetchnęła z ulgą. Bała się nawet pomyśleć, co by było, gdyby zatrutego placka nie spaliła w ostatniej chwili. Ona zrozumiała, że dobro wróciło- niespodziewanie, okrężną drogą, ale w momencie największej potrzeby.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>